Szum axis mundi

•Styczeń 23, 2011 • 1 komentarz

Bose stopy wbijają się w miękki piasek plaży. Każde ziarenko opływa nagą skórę, pozostawiając niewidoczny osad nań. Natomiast drobinki soli wysysają resztki wody niczym huba przypięta do drzewa. Ale mikroświat nie ma znaczenia wobec wielkich żywiołów targających ludzką duszą.
Szedł plażą. Zimny piasek opływał jego stopy, powodując dreszcze na całym ciele. Czasem jego nogi natrafiały na coś twardszego, by ponownie podnieść się i uderzyć w inne, bardziej miękkie miejsce, spoczywając tam na dłuższy czas, oddając ciepło otoczeniu, przyjmując dojmujący chłód. Przyjemny chłód, taki kojący. A może to wiatr to sprawiał. To uczucie, kiedy człowiek patrzy w przestrzeń i jego ciało rejestruje jedynie bliżej nieokreślone bodźce rozpływające się po całym ciele w łunie zimna. A kiedy owy dreszcz dojdzie aż do głowy, policzki same unoszą się do góry, tworząc uśmiech, a oczy nagle otwierają się po chwilowym odrętwieniu. I wtedy zobaczył ją. Stała tam niczym rusałka spowita blaskiem nowiu odziana jedynie białą płócienną koszulą. Miejscami jeszcze mokra przylegała do bladego ciała, zmieniając kolor na lekko różowy i zlewając się z blaskiem skóry. Reszta powiewała na wietrze, niczym chorągiew, wydając głosy trzepoczącego się materiału wysoko nad ziemią, poddającego się silnym działaniom natury. Niczym długie, kręcone włosy owej istoty rozprostowujące się i falujące na wietrze, w zależności od jego natężenia i kierunku. Kosmyki to opadały, to podnosiły się gwałtownie poddając się nieskoordynowanym ruchom ku górze, by następnie opaść z niesłyszalnym pacnięciem na białe, przesiąknięte morską wodą płótno, same oddawszy wcześniej resztki wilgoci ruchliwemu powietrzu. A on stał, wpatrując się w to zjawisko, świdrując piasek pod jego stopami prawą stopą, wciąż nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Zrobił kilka kroków, przystając chwilowo, kiedy wiatr wezbrał na sile. Ruszył ponownie do przodu, jednak wciąż nie został zauważony. Dopiero natura zdradziła go rychłe, w postaci trzasku sosnowej gałązki łamiącej się pod ciężarem jego kończyny zapadającej się w morski piasek plaży. Odwróciła się Ona i spojrzała na niego przeszywającym wzrokiem, po czym wbiła znów oczy w niezmierzony błękit nieba i bliżej nieokreśloną falę zielonej wody. Zawiał wiatr ponownie, przynosząc nieco zimniejszy podmuch, tak zimny, jak spojrzenie Owej przed nim stojącej. Dreszcz poczuł wcale nie wywołany piaskiem czy twardą grudką w podłożu. Przystanął na chwilę, choć sosnowe drewno drapało w stopę niemiłosiernie. Stał tak wpatrując się w morze, wbijając wzrok kilka metrów od nóg dziewczyny. Fale nieubłaganie uderzały w piasek formując go i niszcząc jednocześnie. Zabierając i wyrzucając. I oto stał, targany wiatrem i emocjami, nie wiedząc, co pierwsze zwali go z nóg.

„To nic, że to sen.”

Dla K., by wiatr nie zdmuchnął płomyka świeczki widocznego w oddali.

Paciu

Herbata

•Sierpień 28, 2010 • Dodaj komentarz

Wypatrywała wiatru za oknem. Wbijała kolana w starą kanapę, wyglądając na ulicę. Szwy łączące obicie na kanapie musiały pracować ze zdwojoną siłą, by nie ulec siłom z zewnątrz i nie zbezcześcić tworu, który był ich istnieniem. B. opierała swoje łokcie o kawałek materiału, który izolował jej skórę od ziemnego marmuru i zapobiegał wyziębieniu rąk, dodatkowo trzymała w ręku kubek z gorącą herbatą. Podmuchy powietrza przesuwały obłoki parującej wody to w jedną, to w drugą stronę aż unosiły ją i ochładzały, pozwalając zniknąć parze w czeluściach zimnego, sierpniowego powietrza.

Ulice były zazwyczaj zupełnie puste o tej porze. Jedynie co jakiś czas można było usłyszeć ciche stukoty idących ludzi, odbijające się od murowanych ścian kamienic oraz kamiennego, nierównego chodnika. Właśnie usłyszała jeden z nich. W oddali dostrzegła młodzieńca idącego chodnikiem. On także ją dostrzegł. Wpatrywał się w nią uparcie, nie skręcając w żadną z bocznych uliczek. Zazwyczaj ludzie nawet nie zauważali jej wyglądającej z okna, idąc ulicą, albo robili to późno, widząc pod stopami jej cień rzucany dzięki żyrandolowi na suficie pokoju tuż za jej plecami. Był coraz bliżej. Wypiła łyk herbaty. Gdy oderwała oczy od tafli naparu i wzniosła je ponad kubek. On stał na chodniku przed jej oknem i wpatrywał się w nią.

- Może pan wejdzie. – Zaproponowała bez namysłu, przyglądając się mu.

- Chętnie. – Odpowiedział krótko, po czym ruszył w kierunku bramy. Po chwili rozległo się pukanie do drzwi. B. podniosła się z kanapy, poszła do kuchni po drugi kubek z gorącą herbatą. Podeszła do drzwi, otworzyła je, wpuszczając nieznajomego do środka i wręczając mu jeden z kubków, które trzymała – ten bardziej pełny. Usiadła z powrotem na swojej kanapie, przekręcając tułów lekko na bok, wciągając bose stopy i wciskając je pod zieloną poduszkę.

- Proszę usiąść. – Wskazała na duży wygodny fotel na przeciw niej. Teraz oddzielały ich jedynie mały, niski stoliczek pokryty obficie śmieciami codziennej użyteczności i niewypowiedziane myśli.

- Patrzył pan na mnie. – Powiedziała uprzejmie. On nic nie odpowiedział. Upił łyk herbaty. Cisza przedłużała się już w minuty. Mężczyzna siedział niespokojnie rozglądając się po mieszkaniu byle tylko nie spojrzeć na nieznajomą. Podziwiał, a raczej po prostu przyglądał się właśnie staremu, żeliwnemu świecznikowi stojącemu na komodzie nieopodal okna.

- Patrzył pan na mnie. – Powtórzyła tym samym tonem, po czym po chwili dodała. – Czemu? – Mężczyzna oderwał wzrok od świecznika, spojrzał jej w oczy i powiedział:

- Bo ma pani ładne włosy, jednak w tym świetle mogę powiedzieć, że nie tylko one mi się podobają. – Odpowiedział, kończąc wypowiedź jednym ze swoim, pewnie wyćwiczonych uśmiechów.

- Mhm. – Tym razem ona wpatrywała się uparcie w świecznik, który był dla niej jedną z niewielu rodzinnych pamiątek.

- Może już pan iść. – Powiedziała po kilkudziesięciu sekundach ponownej, niezręcznej ciszy.

- Iść? Wygania mnie pani? – Zapytał zbity zupełnie z tropu. Przyglądał jej się badawczo. Nic nie odpowiedziała. Już nawet nie wpatrywała się w świecznik. Ślepo utkwiła wzrok w przestrzeni między komodą a sofą, na której siedziała.

- Nie wiem, czego pani oczekiwała ode mnie. – Dodał tym razem już z rozdrażnieniem. Wstał. Rzucił jej spojrzenie pełne pogardy, po czym wyszedł, wyszeptawszy uprzednio ciche „dobrej nocy”.

- Ja też nie wiem; naprawdę nie wiem. – Powiedziała na głos sama do siebie, upijając łyk herbaty i wracając do patrzenia w przestrzeń między komodą a sofą.

/Bo zawsze znajdzie się ktoś, kto stworzy prąd, pod który musisz płynąć, by pozostać w miejscu tudzież posunąć się do przodu./

Paciu

Księżna Gabryyyella

•Marzec 14, 2010 • Dodaj komentarz

Au revoir.

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.