Szum axis mundi
Bose stopy wbijają się w miękki piasek plaży. Każde ziarenko opływa nagą skórę, pozostawiając niewidoczny osad nań. Natomiast drobinki soli wysysają resztki wody niczym huba przypięta do drzewa. Ale mikroświat nie ma znaczenia wobec wielkich żywiołów targających ludzką duszą.
Szedł plażą. Zimny piasek opływał jego stopy, powodując dreszcze na całym ciele. Czasem jego nogi natrafiały na coś twardszego, by ponownie podnieść się i uderzyć w inne, bardziej miękkie miejsce, spoczywając tam na dłuższy czas, oddając ciepło otoczeniu, przyjmując dojmujący chłód. Przyjemny chłód, taki kojący. A może to wiatr to sprawiał. To uczucie, kiedy człowiek patrzy w przestrzeń i jego ciało rejestruje jedynie bliżej nieokreślone bodźce rozpływające się po całym ciele w łunie zimna. A kiedy owy dreszcz dojdzie aż do głowy, policzki same unoszą się do góry, tworząc uśmiech, a oczy nagle otwierają się po chwilowym odrętwieniu. I wtedy zobaczył ją. Stała tam niczym rusałka spowita blaskiem nowiu odziana jedynie białą płócienną koszulą. Miejscami jeszcze mokra przylegała do bladego ciała, zmieniając kolor na lekko różowy i zlewając się z blaskiem skóry. Reszta powiewała na wietrze, niczym chorągiew, wydając głosy trzepoczącego się materiału wysoko nad ziemią, poddającego się silnym działaniom natury. Niczym długie, kręcone włosy owej istoty rozprostowujące się i falujące na wietrze, w zależności od jego natężenia i kierunku. Kosmyki to opadały, to podnosiły się gwałtownie poddając się nieskoordynowanym ruchom ku górze, by następnie opaść z niesłyszalnym pacnięciem na białe, przesiąknięte morską wodą płótno, same oddawszy wcześniej resztki wilgoci ruchliwemu powietrzu. A on stał, wpatrując się w to zjawisko, świdrując piasek pod jego stopami prawą stopą, wciąż nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Zrobił kilka kroków, przystając chwilowo, kiedy wiatr wezbrał na sile. Ruszył ponownie do przodu, jednak wciąż nie został zauważony. Dopiero natura zdradziła go rychłe, w postaci trzasku sosnowej gałązki łamiącej się pod ciężarem jego kończyny zapadającej się w morski piasek plaży. Odwróciła się Ona i spojrzała na niego przeszywającym wzrokiem, po czym wbiła znów oczy w niezmierzony błękit nieba i bliżej nieokreśloną falę zielonej wody. Zawiał wiatr ponownie, przynosząc nieco zimniejszy podmuch, tak zimny, jak spojrzenie Owej przed nim stojącej. Dreszcz poczuł wcale nie wywołany piaskiem czy twardą grudką w podłożu. Przystanął na chwilę, choć sosnowe drewno drapało w stopę niemiłosiernie. Stał tak wpatrując się w morze, wbijając wzrok kilka metrów od nóg dziewczyny. Fale nieubłaganie uderzały w piasek formując go i niszcząc jednocześnie. Zabierając i wyrzucając. I oto stał, targany wiatrem i emocjami, nie wiedząc, co pierwsze zwali go z nóg.
“To nic, że to sen.”
Dla K., by wiatr nie zdmuchnął płomyka świeczki widocznego w oddali.
Paciu

to jest grafomania, proszę pana.